A A A

Wychowanie nie jest łatwe nic nie dzieje się mimochodem, bez wysiłku.

Każdy z nas na najwcześniejszym etapie życia potrzebuje opiekuna absolutnego. Takiego trochę "Pana Boga", który daje poczucie bezpieczeństwa i sensu, zaspokaja wszelkie potrzeby, jest lekarstwem na każdy problem. W miarę dorastania to się oczywiście urealnia i weryfikuje, ale do pewnego momentu dziecko jest gotowe zrobić wszystko, aby zyskać akceptację rodzica czy opiekuna. Kiedy między rodzicem a dzieckiem dzieje się coś złego, dziecko jest skłonne obwiniać za to siebie. Dziecko będzie idealizować rodzica-krzywdziciela, jest z nim związane silną, toksyczną więzią. Zaczynamy nie od dziecka, ale od dorosłego – próbujemy w niego terapeutycznie "zainwestować" i założenie jest takie, aby to był ten mniej krzywdzący dla dziecka rodzic. To nie musi być wzór kompetencji i cnót rodzicielskich – chodzi o to, że stwarza większą szansę, aby dać dziecku podstawową ochronę i pokazać mu, że jest potrzebne i kochane. Kiedy rodzic wykonuje tę pracę i coś drga, dziecko od razu taki wysiłek widzi. I to jest punkt wyjścia, żeby zająć się już samym dzieckiem. Próbujemy je nauczyć, jak odzyskać wiarę w dorosłego. Dziecko skrzywdzone ma w głowie obraz dorosłych, którym nie można ufać, bo użyją go do własnych celów – obojętnie czy chodzi o rozładowanie napięcia seksualnego, złości, frustracji spowodowanych zdarzeniami odległymi od dziecka. Dziecko, które takie doświadczenia wyniosło z domu, przenosi je na wszystkie kontakty z dorosłymi. Trzeba mu pokazać, że te kontakty mogą oznaczać dla niego coś innego, że może w nich mieć także przestrzeń dla siebie. Dziecko musi zobaczyć, że jest ważne ono samo. Najpierw musi się poczuć bezpieczne i spokojne, a to wymaga cierpliwości i czasu. Mówimy tu o czymś, co nazywam terapią "otwartych drzwi": dziecko dostaje taką porcję terapii, jaką w danej chwili jest w stanie unieść. Jej postęp jest zawsze powiązany z postępami u rodzica. To na nim spoczywa ciężar całego procesu – terapeuta nie jest po to, żeby tego rodzica zastępować, tylko żeby pomóc mu na nowo zbudować relację z dzieckiem. Jeśli to zaczyna zaskakiwać dobrze jest zostawić rzeczy własnemu biegowi. Ale każdy rodzic słyszy, że jeśli kłopoty wrócą albo jeśli pojawią się inne, można do nas wrócić. Przede wszystkim to, że jego krzywda – jakakolwiek się wydarzyła – nie jest jego winą. Forma tego przekazu jest różna w zależności od wieku dziecka, ale to jest fundament: za to, co się dzieje w relacji miedzy dorosłym a tobą, odpowiada dorosły. Ktoś próbował cię rozbierać, dotykać – nie miał do tego prawa. Nie ty za to odpowiadasz. Nie ma nic dziwnego w tym, że rodzice są wstrząśnięci i przerażeni. Ale bywa też tak, że potem tłumaczą wszystkie zachowania dziecka tym, że padło ofiarą wykorzystania seksualnego. Pyskuje, brzydko pisze, dostało jedynkę z fizyki – wszystko znajduje jedno wyjaśnienie. Skutek jest taki, że dziecko jest cały czas "naznaczone" krzywdą, która je spotkała. A nam przecież chodzi o to, żeby się tego naznaczenia pozbyło. Czy to jest pięciolatek czy siedmiolatek, choćby i ze zdiagnozowanym zespołem dziecka maltretowanego – chcemy mu dać energię, siłę, żeby wystartował w swoje życie najszybciej jak się da, zostawił dramat za sobą. Dziecko powinno być w terapii jak najkrócej. Żeby uniknąć protezowania. Terapia dziecka-ofiary przemocy i jego bliskich to nie jest oczywiście coś porównywalnego do wizyty u dentysty. Nie działa to w taki sposób, że przychodzimy z dziurą w zębie, a wychodzimy z plombą i sprawa jest załatwiona. Nad procesem terapii nikt nie ma takiej kontroli. Użyłabym natomiast ostrożnego porównania do rehabilitacji złamanej nogi. Pacjent w pewnym momencie musi zacząć nią poruszać sam, choćby i na początku było to nieco bolesne. I tu dochodzimy do konkluzji: nie chodzi w terapii o to, by pacjent "bał się wstać". Dziecko i rodzic mają żyć, a nie poruszać się z taką "protezą" w postaci terapeuty przez kolejne 5 czy 10 lat. Te sytuacje najczęściej dotyczą sfery wykorzystania seksualnego.

Co piąte dziecko pada jego ofiarą –mówimy tu o wykorzystywaniu seksualnym w bardzo szerokim sensie. Te dane opisują zarówno sytuację natknięcia się w parku na ekshibicjonistę czy nagabywanie seksualne drogą internetową, jak i brutalny gwałt. Proces zwiększania bezpieczeństwa dziecka jest związany z całym jego wychowaniem po prostu. Zacznijmy od tego, że musimy uczyć dziecko rozmawiać z nami o różnych rzeczach. Często jako rodzice popełniamy taki błąd. Przecież dużo rozmawiamy ze swoim dzieckiem. Okazuje się, że ktoś z dzieckiem nie rozmawia, tylko do niego mówi. Daje mu instrukcje, wskazówki, a słuchanie ogranicza do przyjmowania informacji, jak było w szkole, czy dziecko zjadło i czy odrobiło lekcje. Mało w tym jest prawdziwego słuchania – w znaczeniu: pozostawiania przestrzeni dla drugiej osoby. Nawiasem mówiąc, to samo sobie fundujemy w relacjach między dorosłymi – nie bez powodu w gabinetach psychologów jest tak tłoczno. Chodzi na przykład o to, żeby dziecko się nie bało o czymś mówić. Żeby miało pewność, że cokolwiek powie, rodzic przyjmie to ze zrozumieniem i względnym spokojem. Wychowanie nie jest łatwe. Nie dzieje się mimochodem i wymaga wysiłku. Dajemy dziecku sto złotych na wycieczkę szkolną i mówimy: "Ale pamiętaj: daj pani, nie zgub". A dziecko zapomniało, poszło na w-f i gdzieś w szatni te sto złotych wyparowało. Dziecko musi wiedzieć, że w domu może o tym powiedzieć i że obejdzie się bez nagany i rozładowywania naszych własnych emocji. Nie, nie mówię o ukrywaniu złości czy irytacji – mówię o tym, że one nie powinny brać góry w pierwszym dialogu z dzieckiem. Chodzi o to, aby nasze dziecko miało odwagę mówienia nam o rzeczach, które nie zawsze stawiają je w korzystnym świetle. To też jest część uczenia go odpowiedzialności. Kiedy będzie się dziać coś złego – i to np. w taki sposób, który napełnił dziecko wstydem i strachem – to się o tym szybko od niego dowiemy. Bo będzie wiedziało, że może o tym powiedzieć i może właśnie u nas szukać pomocy i wsparcia. Następna ważna sprawa: dziecko musi umieć mówić "nie". W rozmowie z rodzicem często pada to pytanie: jakie jest pańskie dziecko? Pada odpowiedź "jest grzeczny… posłuszny… robi to, co się mu każe". Jasne, nie chcemy wychować dziecka na aroganta, ale też chcemy go nauczyć autonomii. Niedawno widziałam taką scenę: chłopiec, pewnie dopiero co odebrany ze szkoły, mówi do taty: "tata, rękawiczki zdejmę, bo mi gorąco". Miał na sobie czapkę i naprawdę grube rękawice, a było dość ciepło, bo to już prawie wiosna. A ojciec na to: "zostaw, nie zdejmuj, co ty tam wiesz czy ci gorąco"… Anegdotyczny przykład uczenia dziecka tego, że nie może mieć zaufania do tego, co samo czuje – na zupełnie podstawowym poziomie: reakcji własnego ciała na otoczenie. Jedz te buraczki – mówi mama. Ale ja nie lubię – mówi malec. Masz jeść, bo są zdrowe – słyszy w odpowiedzi. Proszę sobie wyobrazić, że się umówiliśmy na obiad i ja panu proponuję buraczki. Pan mówi, że nie lubi, a ja na to, że zawracanie głowy, bo są zdrowe… Obiad i nasza znajomość pewnie skończyłyby się dość szybko. Wobec dziecka taki rodzaj narzucenia przychodzi nam łatwo i bez refleksji. To nie oznacza, że jak dziecko żąda od nas góry lodów zamiast obiadu, to mamy to żądanie spełnić. Chodzi o balans, namysł, zdolność do negocjacji. Bez tego bardzo trudno nam będzie nauczyć dziecko, czym jest autonomia i jak powiedzieć "nie" dorosłemu w sytuacji, która właśnie to będzie mu podpowiadać. Musimy mieć świadomość, że dziecko zawsze okaże się słabsze w konfrontacji z dorosłym, który chce mu zrobić krzywdę. Dziecko może to sprawcy jedynie utrudnić, np. oporem zwrócić czyjąś uwagę. Dobrze, jeśli ma do obrony jakieś narzędzia: wiedzę o zagrożeniach i umiejętność zwracania się po pomoc. Trzeba jednak pamiętać, że to na dorosłych spoczywa główna odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci. Na placu zabaw, pod okiem uprzedzonych o tym rodziców, chcieliśmy sprawdzić, czy ich dziecko oddaliłoby się z kimś obcym. A to byli rodzice na ogół świadomi, mówili z początku: "na pewno nie moje dziecko… znam je… jest ostrożne".

Na placu zabaw pojawił się pan ze smyczą i kolorową piłeczką w ręku. Dzieciom mówił, że zginął mu piesek i prosił o pomoc w szukaniu. Jedna ośmiolatka solidnie się przestraszyła i zaczęła płakać. Drugi malec, w typie takiego trochę "małego chuligana", powiedział facetowi: "Wiesz co? Idź do mojej mamy, ona tam siedzi i ci pomoże". Ale poza tym chyba z 15 dzieci poszło za obcym człowiekiem jak na komendę. : były tam także matki innych dzieci. Widziały, że do piaskownicy podchodzi ewidentnie obcy facet i nawiązuje rozmowę, zachęca do wyjścia z piaskownicy itd. Żadna nie zareagowała – i to jest dramatyczne, że ktoś może być na własnym dziecku skoncentrowany do tego stopnia, że już żadne inne go nie obchodzi.

Rodzic ma szansę samodzielnie wychwycić, że dziecku coś zagraża? Że dzieje się coś niepokojącego?

Wyobraźmy sobie, że kupiliśmy dziecku gitarę i zapisujemy je na lekcje. Chodzi przez tydzień czy miesiąc, jest zachwycone – aż tu nagle przestaje mu się chcieć. Boli go brzuch, boli głowa, nie pójdzie, a my się złościmy, bo sądzimy, że to kwestia jego słomianego zapału. Trzeba spróbować się zorientować, co się naprawdę stało. Inne sytuacje: ktoś dzwoni, a dziecko ucieka do drugiego pokoju i mówi: "nieważne kto". Ma gotówkę nie wiadomo skąd. Zaczyna się bać wychodzić z domu o określonej porze albo w określone miejsce. Takim rzeczom trzeba się przyglądać i jednocześnie być przygotowanym, że nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. Przestrzegamy dziecko przed kontaktami z kimś obcym, ale dla dziecka jakiś człowiek, kto był dla niego miły, siedział niedaleko na ławce i się przedstawił, to już nie jest ktoś obcy. To rozgraniczenie w procesie rozwojowym pojawia się dopiero później i nie jesteśmy w stanie tego przeskoczyć. Takim zachowaniem jest zdecydowanie klaps. Akceptuje go jako metodę wychowawczą – a więc: w ogóle nie kojarzy z przemocą – 60 proc. polskiego społeczeństwa. To jest coś, z czym nauka się już wiele razy zmierzyła – dosłownie kilka dni temu amerykańscy naukowcy po wieloletnich badaniach ogłosili m.in., że klapsy są szkodliwe dla rozwoju mózgu dziecka. Ale wątpię, czy ta wiedza szybko się spopularyzuje u nas – muszę się przyznać, że od jakiegoś czasu mam pewien problem z udziałem w sporach na ten temat, bo po prostu opadają mi ręce. Istnieje u nas takie pojęcie jak "władza rodzicielska". Wielu rodzicom sam ten termin niesamowicie mąci w głowach – w tym znaczeniu, że prawo do wychowania dziecka po swojemu mylą z pojęciem własności. To stąd się bierze ten argument, który się wszędzie przewija: "nikt mi nie będzie mówił, jak ja mam wychowywać MOJE dziecko". Są też tacy, którzy za świetną metodą wychowawczą uważają porównywanie dzieci. Czyli: można powiedzieć synowi, że jest gorszym, mniej udanym dzieckiem niż jego brat – bo brat w szóstej klasie miał piątkę z matematyki, a ten "gorszy" wywalczył jedynie słabe trzy. "Co prawda jesteś moim synem, ale jakbyś wyżej skakał, szybciej pływał, miał piątkę z matematyki – byłbyś lepszym moim synem". Deprecjonowanie dziecka jest rodzajem emocjonalnej przemocy, często stosowanej przez rodziców, nauczycieli i wychowawców. Wstępem do upokarzających ocen bywają słowa wytrychy: "bo ty zawsze, bo ty nigdy, bo ty jak zwykle…". 70 proc. polskich rodziców przyznaje się do stosowania krzyku, gróźb, zastraszania czy wyśmiewania. No i te 60 proc., które broni klapsa... Klaps to przemoc – powiedzmy to jasno.

                                                                                              Anna Szatkowska