A A A

Zapraszamy do zapoznania się 10 zasadami bezpiecznego korzystania z internetu przez dzieci >>> PORADNIK

Niektórzy mówią, że "oczy są zwierciadłem duszy" - tak wiele mówią o człowieku.

Takie były oczy Wojtka. Czarne jak węgielki, błyszczące i zamyślone. Napatrzyły się te Wojtkowe oczy na wiele spraw trudnych i niezrozumiałych , sprzecznych i zawiłych. Tyle w nich było zdziwienia, pytań, powagi... miałam wrażenie, że to oczy kogoś dorosłego, nie dziewięciolatka. Czasem prowadziłam z małym Wojtkiem dorosłe rozmowy, wyczytując z jego oczu pytania, których słowami chyba jeszcze wypowiedzieć nie umiał.

- Siostro - mówił któregoś dnia - mama uczyła mnie, że mam zawsze mówić prawdę. Co to znaczy?

- To znaczy mówić to, co jest, co się dzieje naprawdę, na przykład...

- Na przykład, jak ktoś jest w domu, to nie należy mówić sąsiadce, że go nie ma?

- Tak Wojtku.

- Dlaczego moja mama... - i tu Wojtek się zatrzymał, bo za bardzo kochał mamę, żeby zadać pytanie: "Dlaczego moja mama kłamie"? Nie wiem, dlaczego jego mama kłamała, ale wiem, że przeżywał to bardzo boleśnie.

   Wojtek często zadawał trudne pytania, wymagające jeszcze trudniejszych odpowiedzi.

- Czy dorosłym nie wolno odmawiać pacierza? Dlaczego mój tato nigdy nie uklęknął ze mną do modlitwy?

- Wczoraj nie chciałem się bić z Radkiem. Nie lubię się bić, to takie głupie... wróciłem do domu z siniakiem na nodze. Tata powiedział mi, że jestem mazgaj i niedorajda! Obiecałem sobie, że dziś oddam Radkowi, ale jakoś nie mogę, przecież to będzie go bolało! Co jest lepiej, być mazgajem czy bić się?

- Prawie cała klasa ściągała na matematyce. Jedyny dostałem dwóję. Rozpłakałem się. Wszyscy się śmiali, a pani powiedziała, ze w życiu liczy się nie tylko wiedza, ale też spryt. Nie rozumiem tego... ale ściąganie to kłamstwo, prawda?

   Któregoś dnia Wojtek rozpłakał się na katechezie, potem mówił:. - Tak bardzo się wczoraj cieszyłem. Tatuś był we Francji. Przywiózł mi nowe mazaki, takie same jak przed trzema miesiącami. Tamte jeszcze piszą, więc te nowe dałem Monice, której umarła mamusia... Pierwszy raz od dnia pogrzebu się roześmiała. Biegłem szybko do domu, żeby o tym uśmiechu powiedzieć mamie. Ale chyba żle zrobiłem. Mamusia strasznie na mnie krzyczała, a tatuś powiedział, że jak będę taki głupi, to niczego w życiu się nie dorobię, i że ma syna naiwniaka.

   Bolały mnie te Wojtkowe opowieści. Bo jak wytłumaczyć dziewięcioletniemu chłopcu, że to on ma rację, że lepiej czuje i wie od tych, którzy wiedzieć powinni?

   Wojtek dużo myśli, pyta, szuka. Ma w sobie niezwykłą prawość, szlachetność, dobroć i... rozdarte serce. Jego oczy czasem zadają się prosić o ratunek, jakby on sam wołał: " powiedzcie, co to naprawdę znaczy być dobrym i prawym człowiekiem?

   I ciągle nie wiem, jak odpowiedzieć dzieciom na takie trudne pytania. A może to dorosłym trzeba tłumaczyć, że prawda winna prawdę znaczyć?

Artykuł "Gdy dziecko pyta o prawdę", Miesięcznik dla Nauczycieli i Wychowawców "Wychowawca", luty 2009, s. 11

                                                                                    " Kochać bliźniego do tego stopnia,

                                                                                      by przyjmować go z całą jego głupotą.

                                                                                      Odpowiadać agresją na agresję

                                                                                      w myśl zasady oko za oko, ząb za ząb,

                                                                                      powodowało tylko mnożenie się zła,

                                                                                      co gorsza je usprawiedliwiało.

                                                                                      Odpowiadanie na agresję miłością

                                                                                      oznaczało zadawanie gwałtu przemocy,

                                                                                     podsuwanie jej pod nos lustra,

                                                                                     by ujrzała swoje pełne nienawiści,

                                                                                     wykrzywione, szpetne oblicze."

                                                                                                     "Moje ewangelie" E.E. Schmidt

                                                                                                                      opracowała: Anna Szatkowska

Jestem z Ciebie dumna, czyli jak chwalić by wzmacniać dziecięcą samoocenę.

Umysł człowieka, od zarania dziejów, koncentruje się na zagrożeniach i negatywnych stronach życia. Dzieje się tak z uwagi na otoczenie, w jakim przyszło nam się rozwijać tysiące lat temu - pełne niebezpieczeństw czyhających na każdym kroku. W obecnych czasach takich zagrożeń jest o wiele mniej, jednak w wielu osobach wciąż tkwi tendencja do zwracania większej uwagi na przykre komunikaty i pesymistyczne rozwiązania. Jednocześnie, ciągła koncentracja na negatywach, pozbawiła niektórych umiejętności dostrzegania tego, co pozytywne i wartościowe. Tak trudno w dzisiejszym świecie kogoś pochwalić, docenić, zwrócić uwagę na jego mocne strony. W relacji rodzic-dziecko takie nastawienie prowadzi do stanu ciągłego napięcia, powodującego, że kłótnia nieustannie wisi w powietrzu. A to bardzo męczy i utrudnia budowanie bezpiecznej i bliskiej więzi.   Czy jest już za późno? Związany z niedostatkiem pochwał spadek samooceny, z czasem prowadzi do obniżenia motywacji do działania. Naszym podopiecznym odechciewa się chodzić do szkoły, angażować w życie rodziny (zarówno w związane z nim obowiązki, jak i przyjemności), poświęcać czas swoim pasjom i zainteresowaniom. Poczucie niskiej wartości wzmacnia się - młody człowiek zaczyna wierzyć, że „do niczego się nie nadaje”, „nic, co kiedykolwiek zrobi, nie będzie wystarczająco dobre”, „nie zasługuje na uwagę czy docenienie”. Na szczęście takie nastawienie można zmienić. Wymaga to jednak solidnego zaangażowania i szczerych chęci ze strony wszystkich dziecięcych opiekunów i osób ważnych w ich życiu. Pochwała terapeutyczna.

Aby podnieść samoocenę i sprawić, by młody człowiek zaczął widzieć siebie, jako wartościową osobę, skuteczne jest stosowanie pochwały terapeutycznej. Jej zadaniem jest budowanie poczucia własnej wartości u dziecka poprzez dostarczanie mu wiedzy o cechach charakteru, które są przez nas pożądane. W tym celu rodzic chwali dziecko w sytuacji, gdy jego zachowanie spełnia określone oczekiwania, np. grzecznie bawi się z bratem, dzieli się zabawkami, sprząta po zabawie. Opiekun dokonuje opisu zachowania (w taki sposób, jakby oglądał zdjęcie), wyraża swój emocjonalny stosunek do niego, używając takich zwrotów jak m.in. „zaimponowałeś mi”, „bardzo mi się to podoba”, „ucieszyłeś mnie tym” oraz nazywa cechę, którą dziecko wyraża poprzez swoje zachowanie, np. „to jest odpowiedzialność, cierpliwość, itp.”. Przykłady komunikatów: „Zgodnie bawisz się z bratem, cieszy mnie to. To się nazywa współpraca.” „Czekasz na swoją kolej, imponujesz mi swoim zachowaniem. To się nazywa cierpliwość.” Pamiętajcie, że pochwała terapeutyczna to technika wychowawcza, która ma określony cel. Jej umiejętne i odpowiednio częste stosowanie gwarantuje poprawę samopoczucia i samooceny młodego człowieka.  Chwalmy mądrze.

Jak zauważa dr Artur Kołakowski, aby pochwała była skuteczna musi być przede wszystkim: prawdziwa - czyli rzeczywiście odnosić się do prezentowanego przez dziecko zachowania, pozytywna - pozbawiona słów „nie” oraz „ale”, wzbudzająca przyjemne odczucia,  powtarzalna - a więc taka, którą powtórzą również inne osoby, przekonywalna - czyli tak skonstruowana, aby osoba chwalona sama mogła w nią uwierzyć, poważna - pozbawiona ironii i żartu, konkretna – pokazująca to, co faktycznie podoba nam się w zachowaniu drugiej osoby,

Tak skonstruowana pochwała skutecznie buduje coraz silniejszą dziecięcą samoocenę. Pomaga uwierzyć w siebie, swoje możliwości, i wykształcić taki repertuar zachowań, dzięki któremu młody człowiek będzie samodzielnie potrafił siebie docenić za włożony trud w konkretne zadanie. Nasze dzieci często właśnie w nas upatrują wzorów do naśladowania. Jeśli jawimy się im jako skuteczni, nieomylni, osiągający wszystkie zamierzone cele, to oprócz dumy, możemy wzbudzać niepokój i presję wysokich oczekiwań. Jeżeli młody chłopak widzi swojego ojca jako herosa, potrafiącego sobie ze wszystkim poradzić, może poczuć się mało zaradny i niewystarczająco dobry, gdy narzuci na siebie nadmierne wymagania. Rolą ojca jest mądra obserwacja, czy taka sytuacja ma miejsce, a wówczas zejście z pozycji bohatera i pokazanie, że jest takim samym, zwykłym człowiekiem. W tym celu wystarczy na przykład podzielić się z własnym synem problemem skrojonym na miarę jego możliwości i zapytać o radę.

„Dzisiaj pokłóciłem się z kolegą z pracy i w tej kłótni powiedziałem słowa, których nie powinienem, zrobiłem mojemu koledze przykrość. Jak myślisz, co mógłbym teraz zrobić, abyśmy nadal mogli pozostać kolegami? To dla mnie prawdziwy kłopot. Wiem, że ty czasem też masz takie problemy – powiedz mi, jak sobie z nimi radzisz.” Każdą udzieloną przez syna radę należy przyjąć i obiecać jej zrealizowanie, a do rozmowy wrócić następnego dnia. W ten sposób uczymy się nawzajem szacunku wobec własnych słabości, a dziecko dostrzega, że każdy człowiek ma kłopoty, oraz że wspólne poszukiwanie rozwiązania ma sens i może być naprawdę pomocne. Możliwość doradzenia własnemu tacie w znacznym stopniu podnosi poczucie wartości we własnych oczach, co dla wielu dzieci jest bezcennym doświadczeniem.

RADY DLA RODZICÓW: Czytajcie i gromadźcie historie o postaciach oraz bohaterach, którzy osiągnęli sukces ciężką pracą i zaangażowaniem, pomimo przeciwności losu. Na rynku wydawniczym dostępne są również pozycje pomagające dzieciom utrzymać wysoką samoocenę, np. „Świetny ze mnie dzieciak! O poczuciu własnej wartości” Ch. Adams i R. Butcha, „Przewodnik przetrwania. Możesz być zwycięzcą” dr G. Fisher i R. Cummings, „Poznaj sam siebie – bądź sobą. Jak kształtować silną osobowość i pozytywną samoocenę u dzieci” dr G. Kaufman i in. oraz „Poczuj się lepiej. Spokojnie, to tylko terapia” R. Rashkin. Wspólne sięgnięcie po te pozycje pozwoli w sposób bardziej otwarty rozmawiać o tym, co w myśleniu o nas samych trudne i smucące. Pokażcie na swoim przykładzie, co oznacza wierzyć w siebie. Zademonstrujcie, że sami potraficie postawić sobie cel na miarę własnych możliwości i osiągnąć go przy odpowiednim oraz systematycznym wysiłku. Mówcie o dumie z własnych dzieci – nie tylko z ich osiągnięć, ale też ze wszystkich podejmowanych przez nie prób. Podkreślajcie, że wielki człowiek to nie ten, który mierzy wysoko, ale ten, który potrafi powstać, gdy upadnie. Pomagajcie swoim dzieciom podnosić się po porażce, doceńcie ich trud i zaangażowanie w każdą próbę osiągnięcia celu. O ten wysiłek właśnie chodzi! To z jego pomocą kształtuje się dziecięcy charakter. Pamiętajcie jednak, że jesteście dumni ze swoich dzieci przede wszystkim dlatego, że są – zachęcajcie je do rozwoju i szukania szczęścia, ale najważniejsze jest, by zaakceptowały siebie takimi, jakie się narodziły – każde z nich jest tak samo wartościowe!

                                                                                                                Anna Szatkowska

Godziny pracy pedagoga szkolnego

mgr Anny Szatkowskiej

Poniedziałek:   08.45-13.45.

13.45-14.30 Terapia pedagogiczna kl. VA

14.35- 15.20 Terapia pedagogiczna kl. VIA

Wtorek: 07.50.-12.50.

            13.40.-14.35

12.55-13.40 Terapia pedagogiczna kl.II

14.35 -15.20 Terapia pedagogiczna kl.VIIB

Środa :07.50-12.50.

Czwartek:   07.50.-13.00

Piątek: 08.50.-13.50.

Wychowanie nie jest łatwe nic nie dzieje się mimochodem, bez wysiłku.

Każdy z nas na najwcześniejszym etapie życia potrzebuje opiekuna absolutnego. Takiego trochę "Pana Boga", który daje poczucie bezpieczeństwa i sensu, zaspokaja wszelkie potrzeby, jest lekarstwem na każdy problem. W miarę dorastania to się oczywiście urealnia i weryfikuje, ale do pewnego momentu dziecko jest gotowe zrobić wszystko, aby zyskać akceptację rodzica czy opiekuna. Kiedy między rodzicem a dzieckiem dzieje się coś złego, dziecko jest skłonne obwiniać za to siebie. Dziecko będzie idealizować rodzica-krzywdziciela, jest z nim związane silną, toksyczną więzią. Zaczynamy nie od dziecka, ale od dorosłego – próbujemy w niego terapeutycznie "zainwestować" i założenie jest takie, aby to był ten mniej krzywdzący dla dziecka rodzic. To nie musi być wzór kompetencji i cnót rodzicielskich – chodzi o to, że stwarza większą szansę, aby dać dziecku podstawową ochronę i pokazać mu, że jest potrzebne i kochane. Kiedy rodzic wykonuje tę pracę i coś drga, dziecko od razu taki wysiłek widzi. I to jest punkt wyjścia, żeby zająć się już samym dzieckiem. Próbujemy je nauczyć, jak odzyskać wiarę w dorosłego. Dziecko skrzywdzone ma w głowie obraz dorosłych, którym nie można ufać, bo użyją go do własnych celów – obojętnie czy chodzi o rozładowanie napięcia seksualnego, złości, frustracji spowodowanych zdarzeniami odległymi od dziecka. Dziecko, które takie doświadczenia wyniosło z domu, przenosi je na wszystkie kontakty z dorosłymi. Trzeba mu pokazać, że te kontakty mogą oznaczać dla niego coś innego, że może w nich mieć także przestrzeń dla siebie. Dziecko musi zobaczyć, że jest ważne ono samo. Najpierw musi się poczuć bezpieczne i spokojne, a to wymaga cierpliwości i czasu. Mówimy tu o czymś, co nazywam terapią "otwartych drzwi": dziecko dostaje taką porcję terapii, jaką w danej chwili jest w stanie unieść. Jej postęp jest zawsze powiązany z postępami u rodzica. To na nim spoczywa ciężar całego procesu – terapeuta nie jest po to, żeby tego rodzica zastępować, tylko żeby pomóc mu na nowo zbudować relację z dzieckiem. Jeśli to zaczyna zaskakiwać dobrze jest zostawić rzeczy własnemu biegowi. Ale każdy rodzic słyszy, że jeśli kłopoty wrócą albo jeśli pojawią się inne, można do nas wrócić. Przede wszystkim to, że jego krzywda – jakakolwiek się wydarzyła – nie jest jego winą. Forma tego przekazu jest różna w zależności od wieku dziecka, ale to jest fundament: za to, co się dzieje w relacji miedzy dorosłym a tobą, odpowiada dorosły. Ktoś próbował cię rozbierać, dotykać – nie miał do tego prawa. Nie ty za to odpowiadasz. Nie ma nic dziwnego w tym, że rodzice są wstrząśnięci i przerażeni. Ale bywa też tak, że potem tłumaczą wszystkie zachowania dziecka tym, że padło ofiarą wykorzystania seksualnego. Pyskuje, brzydko pisze, dostało jedynkę z fizyki – wszystko znajduje jedno wyjaśnienie. Skutek jest taki, że dziecko jest cały czas "naznaczone" krzywdą, która je spotkała. A nam przecież chodzi o to, żeby się tego naznaczenia pozbyło. Czy to jest pięciolatek czy siedmiolatek, choćby i ze zdiagnozowanym zespołem dziecka maltretowanego – chcemy mu dać energię, siłę, żeby wystartował w swoje życie najszybciej jak się da, zostawił dramat za sobą. Dziecko powinno być w terapii jak najkrócej. Żeby uniknąć protezowania. Terapia dziecka-ofiary przemocy i jego bliskich to nie jest oczywiście coś porównywalnego do wizyty u dentysty. Nie działa to w taki sposób, że przychodzimy z dziurą w zębie, a wychodzimy z plombą i sprawa jest załatwiona. Nad procesem terapii nikt nie ma takiej kontroli. Użyłabym natomiast ostrożnego porównania do rehabilitacji złamanej nogi. Pacjent w pewnym momencie musi zacząć nią poruszać sam, choćby i na początku było to nieco bolesne. I tu dochodzimy do konkluzji: nie chodzi w terapii o to, by pacjent "bał się wstać". Dziecko i rodzic mają żyć, a nie poruszać się z taką "protezą" w postaci terapeuty przez kolejne 5 czy 10 lat. Te sytuacje najczęściej dotyczą sfery wykorzystania seksualnego.

Co piąte dziecko pada jego ofiarą –mówimy tu o wykorzystywaniu seksualnym w bardzo szerokim sensie. Te dane opisują zarówno sytuację natknięcia się w parku na ekshibicjonistę czy nagabywanie seksualne drogą internetową, jak i brutalny gwałt. Proces zwiększania bezpieczeństwa dziecka jest związany z całym jego wychowaniem po prostu. Zacznijmy od tego, że musimy uczyć dziecko rozmawiać z nami o różnych rzeczach. Często jako rodzice popełniamy taki błąd. Przecież dużo rozmawiamy ze swoim dzieckiem. Okazuje się, że ktoś z dzieckiem nie rozmawia, tylko do niego mówi. Daje mu instrukcje, wskazówki, a słuchanie ogranicza do przyjmowania informacji, jak było w szkole, czy dziecko zjadło i czy odrobiło lekcje. Mało w tym jest prawdziwego słuchania – w znaczeniu: pozostawiania przestrzeni dla drugiej osoby. Nawiasem mówiąc, to samo sobie fundujemy w relacjach między dorosłymi – nie bez powodu w gabinetach psychologów jest tak tłoczno. Chodzi na przykład o to, żeby dziecko się nie bało o czymś mówić. Żeby miało pewność, że cokolwiek powie, rodzic przyjmie to ze zrozumieniem i względnym spokojem. Wychowanie nie jest łatwe. Nie dzieje się mimochodem i wymaga wysiłku. Dajemy dziecku sto złotych na wycieczkę szkolną i mówimy: "Ale pamiętaj: daj pani, nie zgub". A dziecko zapomniało, poszło na w-f i gdzieś w szatni te sto złotych wyparowało. Dziecko musi wiedzieć, że w domu może o tym powiedzieć i że obejdzie się bez nagany i rozładowywania naszych własnych emocji. Nie, nie mówię o ukrywaniu złości czy irytacji – mówię o tym, że one nie powinny brać góry w pierwszym dialogu z dzieckiem. Chodzi o to, aby nasze dziecko miało odwagę mówienia nam o rzeczach, które nie zawsze stawiają je w korzystnym świetle. To też jest część uczenia go odpowiedzialności. Kiedy będzie się dziać coś złego – i to np. w taki sposób, który napełnił dziecko wstydem i strachem – to się o tym szybko od niego dowiemy. Bo będzie wiedziało, że może o tym powiedzieć i może właśnie u nas szukać pomocy i wsparcia. Następna ważna sprawa: dziecko musi umieć mówić "nie". W rozmowie z rodzicem często pada to pytanie: jakie jest pańskie dziecko? Pada odpowiedź "jest grzeczny… posłuszny… robi to, co się mu każe". Jasne, nie chcemy wychować dziecka na aroganta, ale też chcemy go nauczyć autonomii. Niedawno widziałam taką scenę: chłopiec, pewnie dopiero co odebrany ze szkoły, mówi do taty: "tata, rękawiczki zdejmę, bo mi gorąco". Miał na sobie czapkę i naprawdę grube rękawice, a było dość ciepło, bo to już prawie wiosna. A ojciec na to: "zostaw, nie zdejmuj, co ty tam wiesz czy ci gorąco"… Anegdotyczny przykład uczenia dziecka tego, że nie może mieć zaufania do tego, co samo czuje – na zupełnie podstawowym poziomie: reakcji własnego ciała na otoczenie. Jedz te buraczki – mówi mama. Ale ja nie lubię – mówi malec. Masz jeść, bo są zdrowe – słyszy w odpowiedzi. Proszę sobie wyobrazić, że się umówiliśmy na obiad i ja panu proponuję buraczki. Pan mówi, że nie lubi, a ja na to, że zawracanie głowy, bo są zdrowe… Obiad i nasza znajomość pewnie skończyłyby się dość szybko. Wobec dziecka taki rodzaj narzucenia przychodzi nam łatwo i bez refleksji. To nie oznacza, że jak dziecko żąda od nas góry lodów zamiast obiadu, to mamy to żądanie spełnić. Chodzi o balans, namysł, zdolność do negocjacji. Bez tego bardzo trudno nam będzie nauczyć dziecko, czym jest autonomia i jak powiedzieć "nie" dorosłemu w sytuacji, która właśnie to będzie mu podpowiadać. Musimy mieć świadomość, że dziecko zawsze okaże się słabsze w konfrontacji z dorosłym, który chce mu zrobić krzywdę. Dziecko może to sprawcy jedynie utrudnić, np. oporem zwrócić czyjąś uwagę. Dobrze, jeśli ma do obrony jakieś narzędzia: wiedzę o zagrożeniach i umiejętność zwracania się po pomoc. Trzeba jednak pamiętać, że to na dorosłych spoczywa główna odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci. Na placu zabaw, pod okiem uprzedzonych o tym rodziców, chcieliśmy sprawdzić, czy ich dziecko oddaliłoby się z kimś obcym. A to byli rodzice na ogół świadomi, mówili z początku: "na pewno nie moje dziecko… znam je… jest ostrożne".

Na placu zabaw pojawił się pan ze smyczą i kolorową piłeczką w ręku. Dzieciom mówił, że zginął mu piesek i prosił o pomoc w szukaniu. Jedna ośmiolatka solidnie się przestraszyła i zaczęła płakać. Drugi malec, w typie takiego trochę "małego chuligana", powiedział facetowi: "Wiesz co? Idź do mojej mamy, ona tam siedzi i ci pomoże". Ale poza tym chyba z 15 dzieci poszło za obcym człowiekiem jak na komendę. : były tam także matki innych dzieci. Widziały, że do piaskownicy podchodzi ewidentnie obcy facet i nawiązuje rozmowę, zachęca do wyjścia z piaskownicy itd. Żadna nie zareagowała – i to jest dramatyczne, że ktoś może być na własnym dziecku skoncentrowany do tego stopnia, że już żadne inne go nie obchodzi.

Rodzic ma szansę samodzielnie wychwycić, że dziecku coś zagraża? Że dzieje się coś niepokojącego?

Wyobraźmy sobie, że kupiliśmy dziecku gitarę i zapisujemy je na lekcje. Chodzi przez tydzień czy miesiąc, jest zachwycone – aż tu nagle przestaje mu się chcieć. Boli go brzuch, boli głowa, nie pójdzie, a my się złościmy, bo sądzimy, że to kwestia jego słomianego zapału. Trzeba spróbować się zorientować, co się naprawdę stało. Inne sytuacje: ktoś dzwoni, a dziecko ucieka do drugiego pokoju i mówi: "nieważne kto". Ma gotówkę nie wiadomo skąd. Zaczyna się bać wychodzić z domu o określonej porze albo w określone miejsce. Takim rzeczom trzeba się przyglądać i jednocześnie być przygotowanym, że nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. Przestrzegamy dziecko przed kontaktami z kimś obcym, ale dla dziecka jakiś człowiek, kto był dla niego miły, siedział niedaleko na ławce i się przedstawił, to już nie jest ktoś obcy. To rozgraniczenie w procesie rozwojowym pojawia się dopiero później i nie jesteśmy w stanie tego przeskoczyć. Takim zachowaniem jest zdecydowanie klaps. Akceptuje go jako metodę wychowawczą – a więc: w ogóle nie kojarzy z przemocą – 60 proc. polskiego społeczeństwa. To jest coś, z czym nauka się już wiele razy zmierzyła – dosłownie kilka dni temu amerykańscy naukowcy po wieloletnich badaniach ogłosili m.in., że klapsy są szkodliwe dla rozwoju mózgu dziecka. Ale wątpię, czy ta wiedza szybko się spopularyzuje u nas – muszę się przyznać, że od jakiegoś czasu mam pewien problem z udziałem w sporach na ten temat, bo po prostu opadają mi ręce. Istnieje u nas takie pojęcie jak "władza rodzicielska". Wielu rodzicom sam ten termin niesamowicie mąci w głowach – w tym znaczeniu, że prawo do wychowania dziecka po swojemu mylą z pojęciem własności. To stąd się bierze ten argument, który się wszędzie przewija: "nikt mi nie będzie mówił, jak ja mam wychowywać MOJE dziecko". Są też tacy, którzy za świetną metodą wychowawczą uważają porównywanie dzieci. Czyli: można powiedzieć synowi, że jest gorszym, mniej udanym dzieckiem niż jego brat – bo brat w szóstej klasie miał piątkę z matematyki, a ten "gorszy" wywalczył jedynie słabe trzy. "Co prawda jesteś moim synem, ale jakbyś wyżej skakał, szybciej pływał, miał piątkę z matematyki – byłbyś lepszym moim synem". Deprecjonowanie dziecka jest rodzajem emocjonalnej przemocy, często stosowanej przez rodziców, nauczycieli i wychowawców. Wstępem do upokarzających ocen bywają słowa wytrychy: "bo ty zawsze, bo ty nigdy, bo ty jak zwykle…". 70 proc. polskich rodziców przyznaje się do stosowania krzyku, gróźb, zastraszania czy wyśmiewania. No i te 60 proc., które broni klapsa... Klaps to przemoc – powiedzmy to jasno.

                                                                                              Anna Szatkowska